5 cze 2017

Zazdrość i zaufanie; Skrytość i otwartość.

 Ostatnio spotkałem się z sytuacją gdzie dziewczyna krytykowała swojego chłopaka, narzekała na niego, i nie przykułoby to zbytnio mojej uwagi, gdyby nie fakt co dokładnie było tematem narzekań. Otóż narzekała na to jaki jest zazdrosny. Całość mnie dość mocno zdziwiła, bo znam człowieka (może mniej może bardziej), nie pasowało mi to do jego charakteru. Mówiła jak jest zazdrosny o wszystko i o wszystkich. W tamtym momencie rozbawiło mnie to, uznałem takie zachowanie za dziecinne, i niedojrzałe, ale po fakcie zacząłem się zastanawiać nad tym wszystkim. Po przywołaniu wszystkich swoich wspomnień, doświadczeń, zasad życia społecznego jaki kiedykolwiek udało mi się zauważyć i zrozumieć, dostrzegłem błąd w swoim osądzie.
 No ale od początku, w naszym społeczeństwie przyjęło się że facet ma być twardy, pod względem fizycznym jak i psychicznym, a jako że rola sprawności fizycznej spada, tym większy nacisk kładziony jest na psychikę. Może to niektórych zdziwić, ale facet to mimo wszystko też człowiek. Jest to bezpośrednio powiązane z tym że także mamy uczucie (i śmiem sądzić że w wielu kwestiach niewiele różniące się od tych które posiadają kobiety), ale przez presję społeczną (od facetów wymaga się aby byli macho, samcami alfa) już jako kilkuletnie dziecko można usłyszeć klasyczne "chłopaki nie płaczą". Przez taką postawę mały dzieciak nie może "na spokojnie" uczyć się radzenia z emocjami, zamiast tego duszenie płaczu, trudnych emocji jest premiowane.
 W momencie kiedy sami rodzice potrafią tak do człowieka mówić, nie ma wtedy poczucia że można im ufać, zwierzać się, a jeśli człowiek nie jest blisko kogoś innego z rodziny, czy też nie spotkał nikogo kto mógłby stanowić dla niego oparcie robi się trudno, nawet bardzo. Grzech pierworodny takiego podejścia objawia się chyba najmocniej w czasie pierwszych związków, kiedy to zimny, wydawało by się nieczuły facet wdaje się w związek, wzajemne relacje, wzajemne zaufanie i zrozumienie. Jeśli zbytnio zaufa, jeśli zbyt szybko otworzy się na drugiego człowieka może się bardzo niemiło zaskoczyć, wprost rozczarować. Takiego faceta i sytuację taką można porównać do kota który postanawia pokazać swój brzuch i dać się po nim głaskać doświadczony kontaktem z człowiekiem który głaszcze go i pieści, lecz jeśli jednak decyzja ta będzie zbyt pochopna można zostać bardzo zranionym, do tego jeszcze w czuły punkt.
 Jeśli skonfrontujemy to z wszechobecnym mówieniem że powinno się "otwierać na ludzi" rodzi się pytanie, jaką formę ma przybrać takie "otwieranie"? Rozmowę z każdym chętnym, z podniesioną przyłbicą? Czyżby o taki poziom szalonego "otwarcia się" chodził? Bo osobiście zawsze odnosiłem wrażenie że takie rady sprowadzały się do zostawienia całej mentalnej zbroi w cholerę i wyjście do świata wokół i do ludzi, nie wrogów i potworów, ale widocznie cały czas byłem w błędzie.
 Jest jeszcze jedna rzecz której nie pojmuję, jako że człowiek jest istotą stadną i aby poprawnie funkcjonować musi być częścią społeczności, więc kontakty i więzi międzyludzkie są wymaganie, czemu zamiast budować relacje (zdrową najlepiej) czy nawet żyć w symbiozie na zasadzie wspólnego wspierania się (niczym dwa pochylone ku sobie kolumny) to ludzie jedni drugich wykorzystują w sposób tak jawny i bezceremonialny, jako że czasy się zmieniają (a może było już tak od czasów niepamiętnych?) coraz częściej widzę że to dziewczyna nieszczęśliwie zakochana, albo z dużymi problemami w związku (rzekomo) szuka partnera, i w momencie kiedy partner po zobaczeniu że tamta osoba tak się otworzyła, nie dość że stara się jej pomóc z sił całych to jeszcze samemu często się otwiera, po to tylko aby zaraz zostać odrzuconym. W takich momentach w człowieku odzywa się wewnętrzny opiekun, taki wielki samiec (a może i trochę instynkt rodzicielski) przez co zwykle człowiek zaczyna szybko żywić bardzo silne emocje, a jak wiemy z miłości do nienawiści droga wcale taka długa nie jest. W momentach takich jak ten zastanawiam się, jak jest przyczyna czegoś takiego, jakie jest tego podłoże? Czy jest to może perfidnie ułożony plan, aby samemu się podbudować kosztem innej osoby, dostać wsparcie, a w momencie kiedy nadejdzie kolej na rewanż wycofanie się i tym samym pozostawienie człowieka na pastwę losu, czy może całość to podążanie za porywistym nurtem uczuć, który (jak każdy żywioł) bywa niebezpieczny.
 Mając to wszystko na uwadze wróćmy do sytuacji z początku, w momencie kiedy znajoma ta wiedziała jak reaguje jej chłopak nie widziała nic złego w informowaniu go o wszystkich sprośny żartach jakich była światkiem, czy (chyba) czysto "śmiechowych" sytuacjach kiedy ktoś usiadł jej na kolana (nie koniecznie inna koleżanka) a później narzekać na to że jej chłopak najchętniej zamknąłby ją w pokoju tak aby nikt poza nim nie miał do niej dostępu, i jak nie mam wielu informacji na temat ich związku czy tamtej konkretnej sytuacji, tak całość wydaje mi się niezbyt okej w obie strony.
Inną dość ciekawą sytuacją w kontekście tych rozważań, był kawałek historii zasłyszanej w czasie rozmowy, iż chłopak innej znajomej po wypiciu (wychodzi na to) dość znacznej ilości alkoholu pochwalił się swojej własnej dziewczynie że idzie do koleżanek niżej. Nie uznaję się na siłach, czy w możliwości komentowania sytuacji (z racji niemal zerowej wiedzy na temat sytuacji czy związku tej dwójki znajomych), ale zastanawia mnie takie zachowanie, co się stało że tak się zachował, bo jak samo zejście do koleżanek niżej może mieć wiele powodów czy znaczeń (niekoniecznie w jakikolwiek sposób nacechowane czymkolwiek), tak i samo mówienie o tym może mieć dwa znaczenia, albo raport o zaistniałej sytuacji, by przyznać się co się dzieje (może to wzbudzić poruszenia, ale mówienie tego powinno raczej wykluczyć możliwość istnienia "niecnych celów") z drugiej, może głównymi figurami w całym zajściu były rzeczone koleżanki, a właśnie jego własna dziewczyna? Jaki był cel tego wszystkiego, i jaki powód? Czyżby czuł się niedoceniany? Niedowartościowany, próbował desperacko zwrócić na siebie uwagę? A może była to chwila jego słabości (w tamtym momencie byli rozdzieleni przez jakiś czas)? Czy może nie miało to żadnego większego celu czy znaczenia dla niego, ot taki wybryk, jednak z dość dużymi konsekwencjami?
 Nie mnie oceniać te sytuacje, nie czuję się w tym momencie na siłach, by wykonać cokolwiek, nie chcę (przynajmniej w tym momencie) dowiedzieć się o co chodziło, pomóc czy nawet właśnie oceniać, ale jeśli jednak w moim natłoku myśli (również pisanym pod wpływem ogromnych emocji, do tego stopnia że aż mam zawroty głowy) zbyt subiektywnie oceniłem czy opisałem całą sprawę, lub po prostu poczuli się dotknięci tym postem, nie życzyli sobie go, proszę raz jeszcze o wybaczenie, potrzebowałem się tego pozbyć. Jeśli zrobiłem to waszym kosztem przepraszam i pozdrawiam wszystkie osoby wymienione (nie wprost) w tym poście.





Bardzo, ale to bardzo emocjonalny post.

Więc dziś uderzyło mnie jak wiele spraw, problemów które mnie dotknęło jest powszechnych, jak często rzeczy takie się zdarzają. Od kumpla który zwiedziony poczuciem bezpieczeństwa otworzył się przed dziewczyną i został mocno zraniony, przez to że czuje się on porzucony, samotny, nie zrozumiany, taki bezsilny (notabene w sposób w jaki ja sam czuję się na co dzień, wiele się od swojego kumpla nie różnie, mimo iż wydaje mi się że jestem taki silny, niezależny, iż myślę że sam jestem sobie poradzić z własnymi problemami, jak bardzo to wszystko jest wierutnym kłamstwem.); kończąc na moim własnym bracie który jest w sytuacji w której byłem ja, a zdaje mi się sytuacja ta identyczna do mojej, kropka w kropkę.
I mimo iż bardzo współczuję swojemu bratu, i jak bardzo nie chciałbym mu pomóc, tak po prostu nie mogę na niego patrzeć bo przywołuje to moje dawne wspomnienia, wspomnienia sprzed ok 8 lat. Są one dla mnie na tyle dotkliwe i uciążliwe iż nie jestem wstanie patrzeć na własnego brata, któremu współczuję, któremu chciałbym pomóc, ale czuję taką niechęć i niemoc, brak sił, i którego traktuję tak jak sam kiedyś byłem traktowany.
Kiedyś myślałem że czymś naturalnym i stosunkowo pożądanym jest stan kiedy człowiek stara się zapewnić ludziom wokół coś czego nie miał, czego mu brakowało, coś czego odczuwał deficyt, niedobór. Ale dziś ujawniła się też ciemniejsza strona, wyżej opisane zachowanie kompensujące dawne braki i traktowanie ludzi tak jak człowiek samemu chciałby być traktowanym wymaga dużo siły, samo zaparcia. Dużo łatwiej płynie się z prądem, powiela się zachowania uznawane za częste i powszechne, wszakże nawet śmieci płyną z prądem, czyż nie? I bynajmniej nie chodzi mi tu o samo zjawisko podążania za wielką siła, gdyż może być ono przydatne do oszczędzania sił. Potępiam bezsilne podążanie, bezwład.
Nachodzi mnie więc refleksja, iż pewnie tak wiele na dobrą sprawę od ludzi wokół mnie się nie różnię, jak bardzo bym sam siebie nie oszukiwał, ile bym sobie nie wmawiał że jestem silny, niezależny, że wcale nie pragnę tak bardzo bezwarunkowego wsparcia, emocji, jak bardzo nie próbuję udowodnić sobie że odciąłem się od przeszłości, że poradziłem sobie z nią, że kontroluję swoje uczucia, popędy emocje, że odciąłem się od swoich uczuć, że zagubiłem je gdzieś w sobie. Wychodzi na to że tak długo budowane kłamstwa, cała nawałnica problemów z (na dobrą sprawę) samym sobą w końcu mnie dopadła, jak mocno mi się tym razem oberwie? Jak bardzo poturbowany z tego wszystkiego wyjdę (zakładając że wyjdę, ale raczej tak) i o ile wzmocni mnie (lub być może przerośnie i osłabi?), to wszystko się okaże, w krótszej lub dłuższej przyszłości.
Cały ten wpis był dość emocjonalny, pierwszą część napisałem dość dawno, ale pod wpływem emocji (których już teraz nie czuję tak mocno) [jeśli ją znajdę to dołączę i postaram się skleić obie części w całość, jeśli nie znajdę, to całość którą tu widzicie to druga cześć], druga zaś jest pisana tak na świeżo, że równie dobrze cały dzień mogłem pisać krwią swoje przemyślenia, tak bardzo druga cześć jest świeża, uczuciowa i „może zawierać śladowe ilości wnętrzności (i uczuć wewnętrznych i organów)”. Nie będę całości poprawiał poprawiał pod względem treści czy poprawności. W tym momencie nie dbam nawet o anonimowość. Zaryzykuję, dodaje go w niezmienionej formie, niech się dzieje wola nieba...
P.S. Jeszcze jedno, jeśli czyta to ktoś z moich bliskich, czy to ktoś z rodziny, czy może ktoś z mojego otoczenia (wskazuje łokciem (bo palcem nie można!) swoją klasę), więc taka drobna prośba, nie denerwujcie się na mnie zbyt mocno, za to co tu piszę, i w innych wpisach będę pisał. Zawsze staram się jak najuważniej przyglądać się światu, analizować go, by zrozumieć, z działania pod wpływem emocji rzadko kiedy wynika coś dobrego, więc zwykle z całych sił staram się obserwować wszystko wokół mnie, na tyle ile jestem wstanie, bo są momenty kiedy brakuje mi deficytowego zasobu jakim jest energia, wtedy patrzę miej uważnie, mniej dociekliwie. Ale nie jestem w stanie wytrzymać sam ze sobą, a co dopiero ze wszystkim spostrzeżeniami jaki mi się rodzą w głowie, muszę mieć jakiś sposób na upust tego wszystkiego, więc z góry przepraszam.